To był tydzień skrajnych emocji dla kibiców „Dumy Katalonii”. Zaledwie kilka dni po tym, jak podopieczni Hansiego Flicka otrzymali surową lekcję futbolu w Madrycie, drużyna zdołała się podnieść i w ligowym starciu zmazać plamę na honorze. Walka o mistrzostwo Hiszpanii trwa w najlepsze, a niedzielne zwycięstwo nad Realem Oviedo pozwoliło Barcelonie wrócić na fotel lidera La Ligi, choć echa pucharowej klęski wciąż nie milkną.
Rehabilitacja na własnym podwórku
W niedzielne popołudnie kibice zgromadzeni na stadionie w Barcelonie oczekiwali reakcji po czwartkowym blamażu i finalnie się jej doczekali, choć na fajerwerki trzeba było czekać do drugiej połowy. Gospodarze rozbili Real Oviedo 3:0, a wszystkie bramki padły dopiero po przerwie.
Kluczowy moment nadszedł w 57. minucie, kiedy to Raphinha przytomnie wykorzystał fatalny błąd rywali. Brazylijczyk przejął piłkę, popędził na bramkę i technicznym lobem pokonał Aarona Escandella. Mimo świetnego występu, skrzydłowy nie był w najlepszym nastroju podczas pomeczowych rozmów.
Spięcie przed kamerami
Gdy reporter stacji DAZN zapytał Brazylijczyka, kiedy kibice mogą spodziewać się „Raphinhi z poprzedniego sezonu”, piłkarz nie gryzł się w język. Wyraźnie poirytowany sugestią o spadku formy, natychmiast przytoczył swoje statystyki.
– W tym sezonie zdobyłem osiem bramek w 13 meczach ligowych. Myślisz, że to jest coś innego? – odparł ostro Raphinha. Gdy dziennikarz próbował łagodzić sytuację, tłumacząc, że tylko pyta, zawodnik kontynuował: – Mówię ci, że spisuję się równie dobrze jak w zeszłym roku. Zawsze mógłbym się poprawić, ale radzimy sobie dobrze.
Brazylijczyk jest przekonany, że jego dyspozycja od miesięcy jest stabilna, a niedzielny gol był tego najlepszym dowodem.
Zimny prysznic na Metropolitano
Nerwowość Raphinhi mogła być pokłosiem wydarzeń z czwartku, kiedy to Barcelona została brutalnie sprowadzona na ziemię przez Atlético Madryt w pierwszym meczu półfinałowym Pucharu Króla. Porażka 0:4 na Metropolitano była bolesna, zwłaszcza że losy spotkania rozstrzygnęły się już w pierwszej połowie.
Koszmar rozpoczął się od niefortunnego zagrania Erica Garcíi. Jego podanie zwrotne podskoczyło tuż przed nogą bramkarza Joana Garcíi, co otworzyło wynik samobójem i zapoczątkowało ofensywną nawałnicę gospodarzy. Antoine Griezmann, Ademola Lookman oraz Julián Álvarez, który przełamał passę 11 meczów bez gola, dopełnili dzieła zniszczenia jeszcze przed przerwą.
Flick: „Dostaliśmy lekcję”
Trener Hansi Flick na pomeczowej konferencji nie szukał tanich wymówek, przyznając wprost, że pierwsza połowa była w wykonaniu jego zespołu nie do zaakceptowania.
– Nie graliśmy dobrze jako zespół. Odległości między formacjami były zbyt duże, a nasz pressing nie funkcjonował tak, jak planowaliśmy – analizował na gorąco niemiecki szkoleniowiec. – Dostaliśmy lekcję. Czasami to jest potrzebne w odpowiednim momencie i być może to był właśnie ten moment.
Flick zwrócił uwagę na różnicę w nastawieniu obu drużyn, podkreślając, że piłkarze Atlético wykazali się większym głodem gry i wolą walki od pierwszych minut, czego zabrakło w szeregach gości. Mimo „ciężkiej porażki”, trener zaznaczył, że jest dumny z postawy drużyny na przestrzeni całego sezonu, zwłaszcza biorąc pod uwagę liczne kontuzje.
Sędziowskie kontrowersje i nadzieja na rewanż
Czwartkowy wieczór miał też swoje kontrowersyjne oblicze. Po przerwie Barcelona prezentowała się lepiej i w 51. minucie wydawało się, że Pau Cubarsí dał sygnał do odrabiania strat. Gol został jednak anulowany z powodu spalonego po analizie VAR, która trwała aż sześć minut. Ta sytuacja, jak i ogólna postawa sędziów, którzy zdaniem Flicka zbyt łagodnie traktowali ostre wejścia graczy Atlético w początkowej fazie meczu, wywołały wściekłość trenera.