Maratony, wzloty i upadki na przełomie zimy i wiosny
Ostatnie miesiące zgotowały kibicom Blaugrany niezwykle intensywne widowisko. Od końca stycznia drużyna narzuciła ostre tempo, regularnie i pewnie punktując na krajowym podwórku. Wygrane z Elche, Mallorcą czy Levante udowodniły, że maszyna trenerska działa na wysokich obrotach. Niespodziewane potknięcie z Gironą w połowie lutego, zakończone wyjazdową porażką 1:2, kompletnie nie wytrąciło zespołu z równowagi. Katalończycy błyskawicznie wrócili na zwycięską ścieżkę, rozbijając u siebie Villarreal i utrzymując stabilną formę w starciach z Athletikiem Bilbao, Rayo Vallecano oraz derbowym rywalem, Espanyolem. Prawdziwym testem charakteru okazała się jednak arena europejska. Kibice z pewnością długo nie zapomną dwumeczu z Newcastle United w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Po nerwowym remisie 1:1 w Anglii, Barcelona urządziła rywalom prawdziwe piekło na Montjuic, demolując ich aż 7:2, a tuż przed tym triumfem w świetnym stylu odprawiła z kwitkiem Sevillę.
Zmora z Madrytu, czyli niekończąca się rywalizacja z Atletico
Nikt w tym roku nie sprawił Katalończykom tylu problemów, co podopieczni Diego Simeone. Los skrzyżował obie ekipy aż pięciokrotnie na przestrzeni zaledwie trzech miesięcy, tworząc z tych pojedynków oddzielny, wycieńczający miniturniej. W półfinale Pucharu Króla drużyna z Barcelony musiała poradzić sobie z potężnym ciosem po katastrofalnym 0:4 w Madrycie. Domowy rewanż przyniósł sporo otuchy – wygrana 3:0 pokazała ogromną determinację, jednak ostatecznie zabrakło jednego trafienia do wyrównania stanu dwumeczu. Koszmar powrócił w kwietniu na etapie ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Pierwsze starcie przed własną publicznością zakończyło się bolesną porażką 0:2. Rewanż na wyjeździe przyniósł zwycięstwo 2:1, ale to stołeczny klub grał dalej. Na otarcie łez pozostała liga. Tam Barcelona zdołała zrewanżować się rywalom, wygrywając z Atletico 2:1 na początku kwietnia i cementując swoją pozycję w La Lidze.
Zielone światło dla niemieckiego stratega
Zarząd klubu patrzy w przyszłość z optymizmem, wierząc w słuszność obranego kierunku. Najnowsze doniesienia Catalunya Radio nie pozostawiają złudzeń. Hansi Flick jest o krok od podpisania nowej umowy. Pini Zahavi, reprezentujący interesy trenera, wypracował już z klubem pełne porozumienie. Niemiecki szkoleniowiec złożył słowną deklarację przedłużenia obecnego kontraktu o kolejny rok, wiążąc się z klubem do 2028 roku. Składanie podpisów to w tym momencie czysta formalność. Zostanie ona dopełniona dopiero po zakończeniu trwających rozgrywek, ponieważ Flickowi absolutnie nie spieszy się do biurka i woli w pełni skupić się na końcówce sezonu.
Zagadki kadrowe i okienko pełne wyzwań
Stabilizacja na ławce trenerskiej płynnie przechodzi w planowanie ruchów na rynku. Niemiec ma bardzo klarowną wizję budowy składu. Zaskoczeniem dla wielu może być fakt, że wcale nie domaga się rewolucji personalnej. Trener postawił przed zarządem tylko jedno konkretne żądanie, oczekując sprowadzenia jeszcze jednego kluczowego zawodnika przed rozpoczęciem letnich przygotowań. Giełda nazwisk oczywiście już zapłonęła. Media tradycyjnie łączą z klubem dziesiątki graczy z całego świata, biorąc pod lupę przede wszystkim środkowych obrońców oraz klasyczne „dziewiątki”. Dyrekcja sportowa ma przed sobą nie lada wyzwanie. Klubowe finanse wciąż pozostawiają wiele do życzenia i determinują możliwości negocjacyjne. Dodatkowo pion sportowy musi podjąć ostateczne decyzje dotyczące przyszłości kilku ważnych postaci. Pod ogromnym znakiem zapytania stoi dalsza gra w bordowo-granatowych barwach Roberta Lewandowskiego, Andreasa Christensena, a także powracającego w dyskusjach transferowych Marcusa Rashforda. Wybory dokonane w tych sprawach nadadzą kształt nowej Barcelonie.