Zimny prysznic w doliczonym czasie
Wydawało się, że podopieczni Pepa Guardioli mają wszystko pod absolutną kontrolą. Przez większość niedawnego spotkania z Chelsea grali swoje, dyktowali twarde warunki i skutecznie odcinali rywali od jakichkolwiek strzeleckich okazji. Gospodarze narzucili wysokie tempo od samego początku, a ich optyczna przewaga przyniosła w końcu wymierny efekt w 42. minucie. Tijjani Reijnders, choć piłka trafiła do niego nieco przypadkowo, błysnął fantastycznym kunsztem. Holender z impetem wpadł w pole karne, dziecinnie łatwo ograł Benoita Badiashile’a i potężnym uderzeniem nie dał szans Filipowi Jorgensenowi. Londyńczycy wyglądali w pierwszej połowie po prostu koszmarnie.
Sytuacja diametralnie zmieniła się jednak po przerwie. Spora w tym zasługa tymczasowego trenera Caluma McFarlane’a, który przejął stery po zwolnionym Enzo Maresce. „The Blues” wrzucili wyższy bieg i zaczęli zagrażać bramce gospodarzy. Najpierw fatalnie z kilku metrów spudłował Pedro Neto. Chwilę później z groźnym strzałem Liama Delapa z ostrego kąta zdołał uporać się Gianluigi Donnarumma. Obywatele mieli dogodne szanse na definitywne zamknięcie meczu, ale słupek obił Erling Haaland, a uderzenie Phila Fodena zostało rzutem na taśmę zablokowane. Niewykorzystane sytuacje zemściły się brutalnie. Wystarczył jeden nagły zryw Malo Gusto w doliczonym czasie gry i precyzyjne dogranie w „szesnastkę”, by Enzo Fernandez z bliska wepchnął piłkę do siatki. Argentyńczyk wpadł w istny szał radości, niemal wskakując w sektor gości. Po tym bolesnym dla City remisie strata do prowadzącego w tabeli Arsenalu wzrosła aż do sześciu punktów.
Rekiny znów czują krew
Jeszcze dwa tygodnie temu, gdy precyzyjny strzał z rzutu wolnego Dominika Szoboszlaia wylądował w siatce na Anfield, wielu ekspertów postawiło na obrońcach tytułu krzyżyk. Zespół Guardioli ma jednak do siebie to, że w kluczowych momentach sezonu zamienia się w bezlitosnego drapieżnika. „Kanonierzy” nagle złapali zadyszkę, gubiąc cztery niezwykle cenne punkty w zaledwie dwóch meczach, w dodatku wypuszczając z rąk prowadzenie w obu tych starciach. Piłkarze z Manchesteru doskonale zdawali sobie sprawę z szansy, jaka przed nimi stanęła. Na sobotnie starcie z Newcastle United wyszli nabuzowani energią od pierwszego gwizdka.
Wczesny napór na bramkę rywala szybko przyniósł upragniony rezultat. Nico O’Reilly rasowym uderzeniem pokonał rzucającego się Nicka Pope’a, dając gospodarzom prowadzenie. Goście wyrównali wbrew obrazowi gry, gdy po strzale Lewisa Halla piłka niefortunnie odbiła się od Rayana Ait-Nouriego i zmyliła Donnarummę. Entuzjazm „Srok” nie trwał długo. Zaledwie kilka minut później wychowanek błękitnej akademii uderzeniem głową wykończył perfekcyjne dośrodkowanie Haalanda. Przed przerwą do siatki trafił jeszcze rosły stoper Dan Burn, ale sędziowie słusznie dopatrzyli się spalonego.
O’Reilly w świetle jupiterów i tytan pracy Haaland
Trzeba na chwilę zatrzymać się przy młodym bohaterze Manchesteru. Nico O’Reilly raz po raz bierze ciężar gry na swoje barki w momentach, gdy drużyna ewidentnie potrzebuje impulsu. Naprawdę trudno nie podziwiać jego boiskowej bezczelności. Pewność siebie i nienaganna technika przy pierwszej bramce wyglądały jak wyjęte prosto z repertuaru najlepszych napastników na świecie. Kreuje grę, walczy w obronie, strzela bramki. Stanowi genialny wręcz przykład dla innych chłopaków z akademii.
Skoro już mowa o napastnikach, Erling Haaland na nowo definiuje swoją rolę. Jesteśmy przyzwyczajeni do seryjnego bicia przez niego rekordów, jednak w starciu z Newcastle w oczy rzucała się przede wszystkim jego tytaniczna praca bez piłki. Norweski snajper napędzał cały zespół, a asysta przy golu O’Reilly’ego udowodniła, że potrafi nagiąć swój indywidualny styl do potrzeb drużyny. To właśnie on będzie rozdawał karty w tym wyścigu, którego finał zobaczymy w maju.
Żelazna obrona na wagę złota
Druga połowa meczu przeciwko Newcastle przypominała oblężenie bramki gospodarzy. Jeszcze kilka lat temu widok głęboko cofniętego Manchesteru City wywołałby u kibiców z Etihad spore zaskoczenie. Dzisiejsza ekipa Guardioli, mając w pamięci rozczarowania z poprzedniego sezonu, potrafi jednak do bólu skutecznie bronić wyniku. Defensywa, wzmocniona latem Abdukodirem Khusanovem i Markiem Guehim, stanowiła mur nie do przejścia. Tercet ten, wspierany przez pewnie interweniującego Donnarummę, oparł się rosnącej presji ze strony gości.
Gospodarze ostatecznie dowieźli arcyważne trzy punkty, przedłużając jednocześnie koszmarną passę przeciwnika. Newcastle nie potrafi wygrać na stadionie City od dwudziestu jeden spotkań ligowych w lidze. Aż szesnaście z nich zakończyło się zwycięstwem gospodarzy, a po raz ostatni „Sroki” triumfowały jeszcze na starym obiekcie Maine Road. Dzięki tej wywalczonej w bólach wygranej Manchester City zbliżył się do Arsenalu na odległość ledwie dwóch punktów, nakładając na londyńczyków gigantyczną presję tuż przed derbami północnego Londynu.