Wygląda na to, że rywalizacja o tytuł w sezonie 2026 właśnie nabrała niespodziewanych rumieńców. Lewis Hamilton, świętując swoje premierowe zwycięstwo za kierownicą Ferrari na torze Barcelona-Catalunya, udowodnił, że absolutnie nie ma zamiaru składać broni. Brytyjczyk zniwelował stratę w „generalce” do Kimiego Antonellego do 41 punktów, wyraźnie łapiąc wiatr w żagle. Młody Włoch z Mercedesa miał sporo pecha, bo nie ukończył wyścigu jadąc na w miarę bezpiecznej, drugiej pozycji, ale gołym okiem widać, że chłopak ma powody do niepokoju. Sam wprost przyznaje, że niesamowita forma Scuderii zaczyna spędzać mu sen z powiek. W padoku coraz głośniej mówi się o realnych szansach Lewisa na mistrzostwo, a dawny zespół siedmiokrotnego mistrza świata powoli zaczyna traktować go jako główne zagrożenie.
Sukcesy na torze to jednak tylko jedna strona medalu, bo wokół Hamiltona zawsze kręci się potężna machina wizerunkowa, która po hiszpańskiej wiktorii wybuchła z podwójną siłą za oceanem. Triumf w barwach z wierzgającym koniem wywołał istne szaleństwo w klanie Kardashianów. Partnerka kierowcy szybko wrzuciła na swoje Instastory relację, na której widać, jak cała ekipa wiwatuje na cześć jej faceta. Wszystko to okrasiła grafiką złotego pucharu i czerwonego serca. Z kolei u Khloe Kardashian można było podpatrzeć, jak młode pokolenie rodu przeżywa motorsportowe emocje. Chicago West i jej kuzynka True dosłownie skakały z radości przed telewizorem, piszcząc wniebogłosy, gdy Lewis mijał flagę w szachownicę.
Podczas gdy jedni otwierają szampany, drudzy toną w politycznych gierkach, które w Formule 1 są równie nieodłącznym elementem weekendu co zapach spalonych opon. Cieniem na wydarzeniach w Barcelonie kładzie się bowiem kuriozalna sprawa z Monako. To właśnie w Hiszpanii rozpatrywano wniosek o rewizję wyników i ostatecznie Pierre Gasly odzyskał swoje trzecie miejsce wywalczone na ulicach księstwa. Alpine skutecznie udowodniło sędziom z FIA, że kary za przekroczenie prędkości w alei serwisowej nałożone na Francuza były bezpodstawne. Okazało się, że FOM dało plamę w pomiarach – odległość przyjęta do kalkulacji prędkości nijak miała się do rzeczywistej długości pit lane, przez co Gasly de facto żadnych limitów nie łamał. Decyzja ta zepchnęła Isacka Hadjara z powrotem na czwarte miejsce, wywołując niemałe zgrzyty.
Można by pomyśleć, że temat jest zamknięty, ale nic z tych rzeczy. Red Bull, zamiast oddać puchar za trzecie miejsce prawowitemu właścicielowi, zaczął grać na czas. Ekipa z Milton Keynes oraz McLaren zdążyli już poinformować federację, że rozważają złożenie apelacji od najnowszego werdyktu sędziów, dając sobie czas do wtorku rano na podjęcie wiążącej decyzji. Czerwone Byki zasłaniają się tutaj kwestią zasad. Twierdzą, że sprzęt pomiarowy w alei serwisowej nigdy nie jest w stu procentach bezbłędny i zespoły od lat po prostu musiały z tym żyć. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że stajnia złamała pewną niepisaną, padokową tradycję. Zazwyczaj w przypadku zmiany wyników po wyścigu fizyczne trofeum szybko wędruje do rąk nowego zwycięzcy. Tymczasem nikt tak naprawdę nie ma pojęcia, gdzie to nieszczęsne szkło z Monako w ogóle się znajduje i czy w ogóle przyjechało z Red Bullem do Barcelony, czy może leży zapomniane w jakimś magazynie