Piątkowe popołudnie w Herning miało być zaledwie luźną przystawką przed półfinałowym daniem głównym mistrzostw Europy, ale to, co zafundowali kibicom szczypiorniści z Portugalii i Szwecji, urosło do rangi pełnoprawnego dreszczowca. Mecze o dalsze lokaty często przypominają stypę – zawodnicy oddychają rękawami po intensywnym turnieju, mają już w głowach spakowane walizki, a trenerzy dają pograć głębokim rezerwom. Tym razem stawka i motywacja obu ekip leżały jednak na dwóch zupełnie różnych biegunach. Dla współgospodarzy ze Szwecji gra o piąte miejsce była jak przykry żart i walka o zaledwie kosmetyczną poprawę nastrojów. Dla Portugalczyków był to z kolei bój o wpisanie się na kartach historii.
Od pierwszego gwizdka oglądaliśmy klasyczne przeciąganie liny i twardą grę bramka za bramkę. Ofensywa obu drużyn funkcjonowała bez zarzutu, o czym świadczył remis 8:8 już w 12. minucie. Choć przez większość pierwszej odsłony to Portugalczycy trzymali nos z przodu, do szatni obie ekipy zeszły z wynikiem 16:16. Prawdziwe szachy zaczęły się jednak po zmianie stron. Ekipa „Trzech Koron” przejęła inicjatywę, ale ich przewaga ani na moment nie odskoczyła na więcej niż dwa trafienia. W 57. minucie Szwedzi wygrywali 34:32, sytuacja była dla nich wręcz wymarzona i wydawało się, że spokojnie dowiozą to do końca. Wtedy dał o sobie znać ten słynny, portugalski charakter. Bracia Costa wzięli sprawy w swoje ręce, błyskawicznie doprowadzając do wyrównania.
Końcówka to już czyste sportowe szaleństwo. Na minutę przed syreną to Szwedzi mieli w rękach piłkę meczową, ale w kluczowym momencie popełnili katastrofalny błąd. Kontrę bez litości zamknął Martim Costa. Skandynawowie zdołali jeszcze odpowiedzieć trafieniem Oscara Bergendahla na niespełna 20 sekund przed końcem, ale to, co wydarzyło się chwilę później, na długo zapadnie w pamięć fanom piłki ręcznej. Na zegarze zostało ledwie sześć sekund. Trener Paulo Pereira wziął czas, a po wznowieniu gry szwedzka defensywa po prostu się rozsypała. Zostawili Costę w idealnej pozycji rzutowej, a ten na sekundę przed końcową syreną wpakował piłkę do siatki, ustalając wynik na 36:35. W ten sposób Portugalia rozgościła się w europejskiej elicie, poprawiając swój dotychczasowy rekord z Euro 2020 (wtedy również zajęli 5. miejsce). Ubiegłoroczne czwarte miejsce na mistrzostwach świata i tegoroczna piąta lokata na Starym Kontynencie to najlepszy dowód na to, że mają mocne papiery na regularne bicie się o medale.
Ta niezwykła wola walki i zdolność do wyszarpywania zwycięstw w ułamkach sekund to jednak coś więcej niż tylko zryw jednej drużyny. To specyficzne, sportowe DNA, które w Portugalii zdaje się przenikać przez różne dyscypliny i przechodzić z pokolenia na pokolenie. Aby to zrozumieć, wystarczy przenieść wzrok z parkietu na piłkarską murawę. Tam, podczas gdy 41-letni Cristiano Ronaldo wciąż śrubuje rekordy w dorosłej kadrze i szykuje się do swoich ostatnich mistrzostw świata, na horyzoncie coraz wyraźniej rysuje się sylwetka jego następcy.
Ciężar nazwiska, który staje się atutem
Portugalska Federacja Piłkarska (FPF) rzuciła właśnie w eter informację, która szybko obiegła krajowe media: 15-letni Cristiano Ronaldo Jr. znalazł się w wąskim, 22-osobowym gronie powołanych do kadry U-16 na prestiżowy UEFA Development Tournament. Turniej, rozgrywany w dniach 19-24 maja w przygranicznym Bragança, to znana kuźnia talentów, a młodzi Portugalczycy zmierzą się tam z rówieśnikami z Grecji, Włoch i Czech.
Dla chłopaka, który w czerwcu skończy 16 lat, to kolejny w pełni zasłużony krok w karierze. Junior od lat konsekwentnie podąża śladami ojca – piłkarskie szlify zbierał już w akademiach Juventusu (2018–2021) i Manchesteru United (2021–2023), a obecnie dorasta w młodzieżowych strukturach saudyjskiego Al-Nassr. Ba, w kuluarach coraz głośniej plotkuje się o jego potencjalnym włączeniu do pierwszej drużyny Saudyjczyków. Nazwisko niewątpliwie ciąży, a presja mediów towarzyszy mu od kołyski, ale eksperci, którzy na co dzień obserwują jego grę, są zgodni: ten chłopak broni się sam. Dysponuje świetnymi warunkami fizycznymi, naturalnym ciągiem na bramkę i tym samym, nieco bezczelnym charakterem na boisku, który wywindował CR7 na sam szczyt.
W narodowych barwach Junior czuje się już jak ryba w wodzie. Ma na koncie sześć występów i gola dla reprezentacji U-16, a smak triumfu w portugalskiej koszulce nie jest mu obcy. Ostatnie kilkanaście miesięcy to dla niego pasmo sukcesów: wygrana w lutowym Algarve International Tournament, jesienny triumf w Pucharze Konfederacji w Turcji, a nieco wcześniej kluczowa rola i dwa trafienia w finale chorwackiego turnieju, który Portugalia wygrała właśnie dzięki jego postawie w kadrze U-15.
Ojciec i syn dzielą obsesję na punkcie futbolu i unikalną więź ze swoimi barwami narodowymi. Wygląda na to, że portugalski sport ma przed sobą doskonałe lata – zarówno na parkiecie, gdzie potrafi w dramatycznych okolicznościach ucierać nosa faworytom, jak i na trawie, gdzie na naszych oczach rodzi się nowa generacja, gotowa pisać własną historię przez kolejne dekady.