To miał być sezon marzeń, a robi się z tego powolny zjazd do bazy. Kiedy po kompromitującej porażce 2:4 z Benficą Real Madryt z hukiem spadł z trzeciego na dziewiąte miejsce w fazie ligowej Ligi Mistrzów, Kylian Mbappe nie gryzł się w język. Rzucał przed kamerami, że drużyna nie ma żadnej ciągłości, że grają po prostu fatalnie i jest to trochę wstyd. Tydzień wcześniej był poziom, teraz nie było niczego – ot, brutalna diagnoza. Ironia losu polega na tym, że Królewscy w fazie play-off wpadną na… dokładnie tę samą Benficę, która właśnie zyskała nad nimi potężną przewagę psychologiczną.
Na papierze Francuz ma jednak pełne prawo do krytyki, bo przecież niemal w pojedynkę trzyma ten zespół przy życiu w kluczowych rozgrywkach. Wykręcił 21 goli w La Lidze, a w samej fazie ligowej Champions League dołożył 13 trafień, z marszu bijąc rekord rozgrywek. Francuskie „L’Equipe” błyskawicznie wzięło go w obronę, malując obraz potężnie sfrustrowanego lidera. Według ich analiz, Mbappe obok Thibauta Courtois to jedyni gracze trzymający fason, a sam napastnik jest „coraz bardziej osamotniony w bagnie”. Bagnu, w którym radykalna zmiana na ławce – zwolnienie Xabiego Alonso i wsadzenie na minę Alvaro Arbeloi – nie dała absolutnie nic. Paryscy dziennikarze kupują narrację o wkurzonym szefie szatni, który po prostu bierze odpowiedzialność za panujący wokół bałagan.
Tyle że murawa bywa bezlitosna dla takich laurek. Brutalnie obnażyło to ligowe starcie z Sevillą, w którym Real wymęczył wygraną 1:0. Trzy punkty, które nie znaczą w zasadzie nic, bo mistrzostwo i tak odjechało do Barcelony już tydzień wcześniej. Jedynym realnym plusem tego meczu było łapanie jakiegokolwiek pozytywnego rytmu przed nadejściem ery Jose Mourinho w sezonie 2026/27. Co jednak najciekawsze, Mbappe wybiegł w pierwszym składzie, co zakrawało na absurd po jego wcześniejszych tyradach i jawnym braku szacunku do klubu oraz samego Arbeloi. I zagrał po prostu katastrofalnie.
Swoim występem przeciwko Andaluzyjczykom gwiazdor udowodnił to, o czym w Madrycie mówiło się coraz głośniej – to on jest największym problemem Los Blancos. Przy zwycięskiej bramce, genialnie wykreowanej przez Jude’a Bellinghama i wykończonej przez Viniciusa Juniora (prawdziwych motorów napędowych zespołu), nie miał absolutnie nic do powiedzenia. Zamiast tego z uporem maniaka psuł krew własnej drużynie. Holował piłkę w nieskończoność, ignorował lepiej ustawionych kolegów na wolnych pozycjach, a kiedy już decydował się na strzał, to obrońcy zdążyli go dawno zablokować, albo łapał go kolejny ofsajd. Statystyki z tego meczu to kryminał: pięć prób strzałów, z czego ani jednego celnego, więcej spalonych niż realnych uderzeń, pięć głupich, niewymuszonych strat i okrągłe zero udanych dryblingów.
Kibice na Bernabeu w końcu zaczynają łączyć kropki. Te imponujące liczby, którymi zasłania się Francuz, to efekt kosmicznego wręcz monopolizowania piłki i oddawania masy strzałów z każdej pozycji, a nie faktycznej jakości w grze. Jego praca w defensywie nie istnieje, selekcja uderzeń woła o pomstę do nieba, a ego wygrywa z dobrem zespołu. Cud, że Real w ogóle to wygrał, ale to zasługa chłopaków z pola, którzy muszą harować za swoją największą gwiazdę. Dokładnie tak, jak robili to jego byli koledzy z PSG – ci sami, którzy teraz szykują się do drugiego z rzędu finału Ligi Mistrzów.
Arbeloa, choć wrzucony w sam środek tego chaosu, po cichu udowodnił swoją rację. Wystawił Francuza do gry tylko po to, by ten sam się skompromitował. Mbappe cały czas wierzy, że jest zbawcą Madrytu, bo tęskni za czasami, gdy cały system był skrojony wyłącznie pod pompowanie jego statystyk. Tymczasem mecz z Sevillą obnażył bolesną prawdę. Napastnik, który podobno tonie w madryckim bagnie, sam jest balastem, który najmocniej ciągnie tę drużynę na dno.