Krajobraz po bitwie w zachodnim Londynie wygląda wręcz przygnębiająco. Kiedy sędzia w końcu zagwizdał po raz ostatni, kończąc doliczone dziesięć minut pełne desperackich, choć dość chaotycznych ataków gospodarzy, trybuny Stamford Bridge świeciły już pustkami. Chelsea poległa u siebie 1:3 z walczącym o utrzymanie Nottingham Forest w 35. kolejce Premier League. To już szósta ligowa wpadka The Blues z rzędu – wynik, który brzmi jak ponury żart, biorąc pod uwagę rozmach tamtejszego projektu. Zespół z 9. miejsca w tabeli dostał kolejny, bardzo bolesny cios w walce o europejskie puchary, a przecież już w najbliższą sobotę czeka ich arcytrudny wyjazd na Anfield i starcie z Liverpoolem. Tymczasem „Leśnicy”, którzy zagrali w Londynie niezwykle kompaktowo i bezlitośnie punktowali gospodarzy z kontry, mogą w świetnych nastrojach szykować się na czwartkowy rewanż w półfinale Ligi Europy z Aston Villą.
Samo spotkanie było szarpane, momentami brutalne i pełne przerw spowodowanych urazami. Choć Cole Palmer jako jedyny próbował wziąć ciężar gry na swoje barki – czy to uderzając z dystansu, gdzie świetnie interweniował Matz Sels, czy dogrywając ostre, rwane piłki w pole karne – ewidentnie brakowało mu wsparcia. Zrywy Chalobaha w grze w powietrzu czy niecelne uderzenia Delapa, który pod koniec próbował jeszcze szczęścia po obrocie w szesnastce, to było zdecydowanie za mało na mądrze broniących się gości. Kiedy McAtee łapał skurcze w doliczonym czasie gry, złość tych nielicznych fanów Chelsea, którzy jeszcze nie ewakuowali się ze stadionu, osiągnęła apogeum. Ta gigantyczna frustracja na murawie i trybunach idealnie rezonuje z tym, co od miesięcy dzieje się wokół londyńskiego klubu. Zamiast szukać mozolnej stabilizacji, biura na Stamford Bridge szykują się do tego, co wychodzi im ostatnio najlepiej – rzucania na stół kolejnych milionów.
Tu właśnie płynnie wkraczamy w realia letniego okienka transferowego 2026 roku. Okienka, które dla Bayernu Monachium zapowiadało się jako kluczowy czas przebudowy skrzydeł, a może błyskawicznie zamienić się w wyjątkowo irytujący poker. Stawką jest Anthony Gordon. 25-letni skrzydłowy Newcastle United od dłuższego czasu figuruje na samym szczycie listy życzeń Bawarczyków. Max Eberl, dyrektor sportowy Rekordmeistra, ponoć idzie w tej licytacji absolutnie „all-in”. W Monachium traktują sprowadzenie reprezentanta Anglii priorytetowo. Pierwsze rozmowy na linii klub-zawodnik już się odbyły, a sam Gordon wysyłał jasne sygnały, że chętnie sprawdziłby się w realiach Bundesligi.
Problem Bayernu polega na tym, że agenci Gordona ewidentnie wyczuli krew. Ruszyli w swoiste tournée po Europie, badając grunt u największych graczy, co w naturalny sposób przywiało ich do Londynu. Jak donosi Simon Phillips, dobrze zorientowany w realiach Chelsea insider, The Blues mocno włączyli się do gry i realnie grożą sprzątnięciem Anglika sprzed nosa działaczom z Säbener Straße. Dla Bayernu to fatalny obrót spraw. Monachijczycy potrafią głęboko sięgnąć do kieszeni, ale w starciu z bezgraniczną wręcz gotowością finansową ekipy Todda Boehly’ego ich pozycja negocjacyjna drastycznie słabnie.
Newcastle doskonale zdaje sobie sprawę, jaką rynkową perełkę ma w kadrze. „Sroki” wyciągnęły Gordona z Evertonu na początku 2023 roku za około 45 milionów euro. Dzisiaj, po jego fenomenalnych występach na lewej flance w Premier League, oczekują kwoty rzędu 80, a nawet 90 milionów. Taka wycena dla niemieckiego hegemona stanowi potężne wyzwanie logistyczne. Londyńczycy z kolei potrafią zapłacić takie pieniądze lekką ręką, nawet jeśli ich obecny potencjał sportowy to głównie chaos, 16. miejsce Nottingham świętujące na ich stadionie i mroczne perspektywy na uratowanie sezonu. W tle całego zamieszania wokół Gordona swego czasu przewijał się też Arsenal, więc ta rynkowa opera mydlana z pewnością przyniesie jeszcze niejedno przetasowanie. Pozostaje tylko otwartym pytaniem, czy podbieranie celów transferowych Bayernowi za kosmiczne pieniądze to jest dokładnie to, czego rozbita taktycznie i mentalnie szatnia Chelsea teraz potrzebuje.