Nowe regulacje techniczne na sezon 2026 miały przetasować stawkę, ale chyba nikt nie zakładał, że przy okazji wyssą resztki entuzjazmu z największych gwiazd tego sportu. Max Verstappen od samego początku nie gryzie się w język. Czterokrotny mistrz świata zdążył już ochrzcić te przepisy mianem „antywyscigowych” i nazwać nowe bolidy „Formułą E na sterydach”. Trudno mu się dziwić, biorąc pod uwagę absurdalną zależność jednostek napędowych od energii elektrycznej. Zarządzanie baterią urosło do rangi obsesji w pierwszych trzech wyścigach tego roku. Kierowcy muszą redukować biegi na prostych, nałogowo stosować „lift and coast” przed dohamowaniami albo opierać się na tzw. super clippingu – agresywnym odzyskiwaniu energii przy wciśniętym do dechy gazie – żeby w ogóle utrzymać pożądany poziom naładowania. Oczywiście opinie w padoku są podzielone, ale jak celnie punktuje Holender, ci, którzy chwalą obecny stan rzeczy – czyli dominujący obecnie duet Mercedesa, George Russell i Kimi Antonelli – robią to po prostu dlatego, że wygrywają.
Holendrowi nie pomaga fakt, że Red Bull zaliczył katastrofalny start sezonu. Wypuszczony na tor model RB22 to maszyna z potężnymi problemami z balansem, która kompletnie nie potrafi utrzymać przyczepności opon. Ekipa z Milton Keynes stoczyła się do środka stawki i zajmuje obecnie szóste miejsce w klasyfikacji konstruktorów z dorobkiem zaledwie 16 punktów, z czego 12 uciułał sam Verstappen. Daje mu to dopiero dziewiątą lokatę w generalce. Sytuacja jest na tyle dramatyczna, że po ostatnim Grand Prix Japonii, w którym obrońca tytułu odpadł już w Q2 i doczłapał się do mety na ósmym miejscu, otwarcie wypalił do mediów, że musi podjąć pewne „życiowe decyzje”. Choć jego umowa wygasa dopiero w 2028 roku i dyskusje o jego przyszłości toczyły się już wcześniej, po raz pierwszy tak mocno postawił znak zapytania nad swoimi natychmiastowymi planami w F1. Coraz częściej spogląda za to w kierunku wyścigów długodystansowych GT3 – już 16 i 17 maja ten 28-latek wystartuje w 24-godzinnym klasyku na Nurburgringu. Pytany przed weekendem w Miami o swoje rewelacje z Suzuki, rzucił nieco wymijająco, że w sumie nie ma tu nic nowego, był zajęty swoimi sprawami i daje sobie czas na ułożenie tego w głowie.
Weekend w Miami to zresztą powrót do ścigania po długich, pięciu tygodniach przerwy, wymuszonej odwołaniem rund w Arabii Saudyjskiej i Bahrajnie z powodu eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie. To właśnie w tym okienku gruchnęła informacja o odejściu Gianpiero Lambiase. Inżynier wyścigowy Verstappena, jego zaufany głos w słuchawce od 2016 roku, najpóźniej w 2028 przeniesie się do McLarena. Momentalnie pojawiły się pytania, czy to nie popchnie Maxa w stronę wyjścia z F1, zwłaszcza że ten zarzekał się kiedyś, iż nie wyobraża sobie pracy z nikim innym. Holender szybko uciął temat, twierdząc, że odejście „GP” nie ma żadnego związku z jego dylematami. Przyznał racjonalnie, że czasy się zmieniają, a przy takiej ofercie z zewnątrz byłby idiotą, gdyby próbował go zatrzymać na siłę, blokując rozwój jego kariery.
Zniechęcenie zelektryfikowaną Formułą 1 nie jest jednak wyłącznie domeną Verstappena. Frustracja wrze też po drugiej stronie skali wiekowej. Fernando Alonso, który dobija do 44 lat i jedzie swój 23. sezon w karierze, ma podobne przemyślenia. Hiszpan zadebiutował w 2001 roku, zgarniając po drodze dwa tytuły, 32 zwycięstwa i śrubując rekord startów do absurdalnej liczby 428 wyścigów. Jego kontrakt z Aston Martinem wygasa na koniec kampanii 2026, a start nowej ery przepisów to dla zespołu absolutny koszmar. Brytyjska stajnia zamyka stawkę bez ani jednego punktu na koncie po trzech rundach. Alonso robi co w jego mocy, rzeźbiąc w powierzonym mu, fatalnym sprzęcie, ale jego niechęć do obecnych regulacji sprawia, że horyzont emerytalny staje się coraz wyraźniejszy.
Decyzja nie zapadnie raczej pod wpływem chwili. Przed zmaganiami na Florydzie Alonso przyznał, że na dobrą sprawę nie zaczął jeszcze układać sobie w głowie konkretnego scenariusza. Regularnie rozmawia z właścicielem zespołu, Lawrence’em Strollem, z którym zjadł niedawno wspólną kolację w Monako, ale twierdzą zgodnie, że skupiają się raczej na łataniu bieżących problemów niż na głębokich dyskusjach o przyszłości. Alonso zakłada, że ostateczne karty położy na stół w okolicach przerwy wakacyjnej lub tuż po niej. Jeśli faktycznie powie „pas”, będzie to jego drugie odejście z królowej motorsportu – po ucieczce z McLarena pod koniec 2018 roku i powrocie do stawki z Alpine w sezonie 2021.
Kluczowe w jego przypadku będą czyste osiągi na tle młodszej konkurencji. Alonso ma twardą zasadę: nie chce opuszczać sportu z poczuciem, że odstaje. Przywołując przykład Nico Rosberga jako niemal jedynego gościa, który potrafił idealnie wyczuć moment na zejście ze sceny, Hiszpan przyznaje, że samodzielne podjęcie takiej decyzji to piekielnie trudna sztuka. Traktuje swoje starty od 2021 roku jako swoisty dar i czuje się spełniony, ale ma też jasny warunek. Chce odejść, dopóki wciąż czuje się szybki i daje z siebie sto procent. Nie wyobraża sobie trwania w padoku tylko po to, by patrzeć, jak reszta stawki zostawia go w tyle, a jego własna jazda staje się powolna i pełna błędów. Pozostaje więc otwarte pytanie, jak długo obaj mistrzowie zniosą realia sportu, który w swoim obecnym kształcie zdaje się z każdym wyścigiem coraz bardziej ich od siebie odpychać.