Napięta sytuacja na Bliskim Wschodzie wymusiła odwołanie wyścigów w Bahrajnie i Arabii Saudyjskiej, fundując kibicom i zespołom aż pięciotygodniową przerwę w kalendarzu. Fani zachodzili w głowę, co począć z wolnymi weekendami, ale w fabrykach nikt nie zwalniał tempa. Inżynierowie dwoją się i troją, szykując poprawki na Grand Prix w Miami i dostosowując maszyny do nowych regulacji technicznych, narzuconych przez FIA na rok 2026. Sytuacja ta zupełnie inaczej wpływa na zespoły z różnych rejonów stawki.
Im więcej jeździsz, tym więcej wiesz
Dyrektor techniczny ds. podwozia w Ferrari, Loic Serra, uważa, że przymusowy postój na początku roku nie zrujnował harmonogramu włoskiej ekipy. Plany rozwojowe w Formule 1 są rozpisane na długie miesiące, a nie tygodnie, więc stajnia z Maranello po prostu trzyma się wcześniej wytyczonej ścieżki. Wypadnięcie z kalendarza jednego czy dwóch wyścigów niewiele tu zmienia. Pojawia się oczywiście pytanie, czy lepiej było przetestować część nowości na torze podczas odwołanych rund, czy raczej zyskać czas na dopracowanie pakietu przed zmaganiami w Miami.
Serra patrzy na sprawę z dużym dystansem. Zwraca uwagę na model SF-26, którego rozwój ruszył jeszcze na początku 2025 roku. Zespół spędził kilkanaście miesięcy na pracy w symulatorze, zanim gotowa maszyna w ogóle wyjechała na zimowe testy. Wyniki pierwszych jazd to w zasadzie zawsze efekt wyłącznie wirtualnego rozwoju. Utrata dwóch wyścigowych weekendów to w tym kontekście zaledwie drobna przeszkoda. Oczywiście w motorsporcie każdy kilometr na torze daje bezcenną wiedzę. Nie ma tu jednak mowy o dramatycznym zagrożeniu dla całego programu rozwojowego, a wymuszona pauza z pewnością nie rzuca Ferrari na kolana.
Bolesne zderzenie z rzeczywistością w Williamsie
Podczas gdy czołówka w spokoju szlifuje detale swoich konstrukcji, Williams musi mierzyć się z zupełnie innymi problemami. Bieżąca kampania miała być dla ekipy z Grove rokiem przełomu i dołączenia do ścisłej walki w środku stawki. Po ubiegłorocznych sukcesach, okraszonych dwoma miejscami na podium, oczekiwania poszybowały mocno w górę. Zespół zachował silny, zgrany duet kierowców, stawiając ponownie na Alexa Albona i Carlosa Sainza. Celem było zniwelowanie straty do najlepszych, tymczasem początek sezonu przyniósł brutalne rozczarowanie.
Problemy pojawiły się bardzo wcześnie. Williams jako jedyny zespół całkowicie opuścił próbny shakedown w Barcelonie z powodu opóźnień w pracach nad nowym modelem FW48. Ekipa nadrobiła trochę zaległości podczas właściwych testów w Bahrajnie, wykręcając trzeci najwyższy przebieg w całej stawce. Lepszymi statystykami mogli pochwalić się jedynie kierowcy McLarena i Haasa. Niezawodny silnik Mercedesa dawał nadzieję na powtórzenie dobrej formy z poprzedniego roku. Szybko jednak wyszło na jaw, że nowa konstrukcja ma sporą nadwagę, co bezlitośnie obcinało ułamki sekund na każdym okrążeniu. Dodatkowo zaczęła szwankować bezawaryjność samego bolidu.
Walka z awariami i punkty wyrwane losowi
W Australii problemy techniczne dopadły Sainza. Hiszpan stracił większość trzeciego treningu i w ogóle nie wyjechał na tor w kwalifikacjach. Ostatecznie zdołał wystartować w niedzielę, i chociaż obaj kierowcy dowieźli samochody do mety w Melbourne, usterki wcale nie odpuściły. W Chinach pechowa karta trafiła do Albona. Awaria hydrauliki całkowicie wykluczyła go z udziału w Grand Prix. W tej kryzysowej sytuacji to Sainz uratował honor zespołu, wyszarpując dwa cenne punkty i zaliczając jedyny jak dotąd finisz Williamsa w pierwszej dziesiątce.
Trzeba przyznać, że splot wydarzeń mocno mu w tym pomógł. Z rywalizacji bardzo wcześnie odpadł Max Verstappen, a oba niezwykle szybkie McLareny w ogóle nie pojawiły się na polach startowych. Sainz udowodnił jednak, że Williams wciąż potrafi walczyć, skutecznie powstrzymując w końcówce znacznie szybsze Alpine prowadzone przez Franco Colapinto. Radość w garażu była niestety bardzo krótka. Runda w Japonii okazała się bolesnym krokiem wstecz dla brytyjskiej stajni. Sainz minął flagę w szachownicę dopiero jako piętnasty. Albon zamknął stawkę na dwudziestej pozycji, traktując ostatnie okrążenia wyścigu w zasadzie jako dłuższą sesję testową dla swojego problematycznego samochodu.