San Antonio Spurs to obecnie najbardziej elektryzujący projekt w całej lidze, choć ewidentnie nie dla każdego starczyło w nim miejsca. Jeremy Sochan i jego przedstawiciele już wcześniej dostali od zarządu zielone światło na poszukiwanie nowego pracodawcy i rozmowy o potencjalnym transferze. Kiedy w trakcie kampanii 2025/2026 Polak opuścił derbowe starcie z Houston Rockets, oficjalnie tłumaczono to problemami z prawym udem. W kuluarach nikt jednak nie miał złudzeń – to był typowy zwiastun nadchodzącej wymiany.
Ostrogi nawet bez swojego skrzydłowego udowodniły w tamtym spotkaniu gigantyczną siłę ognia. Rozbili lokalnych rywali 111:99, absolutnie demolując ich w drugiej połowie, wygranej w stosunku 57:37. Victor Wembanyama już wtedy wysyłał reszcie ligi jasne sygnały, że nadchodzi coś wielkiego, notując 28 punktów, 16 zbiórek i pięć bloków. Co ciekawe, podopieczni Mitcha Johnsona wyciągnęli ten mecz, trafiając żałosne sześć rzutów zza łuku na 26 prób (Rockets zresztą nie byli lepsi ze swoim 8/23). Gospodarzom z Houston na nic zdało się 25 „oczek” Amena Thompsona i 24 punkty Kevina Duranta. Była to dopiero ich czwarta domowa porażka w sezonie. Ważną cegiełkę w końcówce dorzucił też debiutant, Dylan Harper, zgarniając 16 punktów. To był właśnie ten moment, w którym ekipa z Teksasu z bilansem 32-15 umocniła się na pozycji wicelidera Zachodu, spychając Rakiety na niższe pozycje (28-17), a zarazem budując mentalny fundament pod rywalizację w fazie pucharowej.
Ten zimny profesjonalizm z sezonu zasadniczego brutalnie rezonuje teraz w postseason. Po sensacyjnej wpadce u siebie w pierwszym meczu serii z Minnesota Timberwolves, Spurs błyskawicznie przypomnieli, kto tu rozdaje karty. Drugie starcie było rzeźnickim wręcz pokazem siły, zakończonym wynikiem 133:95 dla ekipy z San Antonio. To ich najlepszy ofensywny wynik w play-offach od 1983 roku, dzięki któremu błyskawicznie wyrównali stan serii na 1-1 i wrócili na pozycję faworyta.
Wembanyama, świeżo upieczony Defensor Roku, ponownie zamienił strefę podkoszową w twierdzę nie do zdobycia. 19 punktów, 15 desek i dwa bloki to jedno, ale prawdziwa miazga miała miejsce w pierwszej połowie, w której Wilki uciułały raptem 35 punktów – ich absolutnie najgorszy wynik w całych rozgrywkach. Francuz po meczu nie gryzł się w język: „Oczekuję takiej reakcji od siebie i od chłopaków. Wjechali w nas w pierwszym meczu, więc w drugim to my chcieliśmy ich zdemolować. Trochę ego w tym było”.
Ten teksański odwet miał też swoje drugie dno. Trener Minnesoty po pierwszym spotkaniu, w którym Wemby rozdał absurdalne 12 bloków (rekord play-offów), rzucał oskarżeniami o notoryczne goaltendingi, czyli nieprzepisowe blokowanie opadającej piłki. Pytany, czy te słowa wywołały u niego złość przed Game 2, gigant Spurs uciął krótko: „W play-offach złość jest zawsze, wszystko jest pod lupą”. Lider Wilków, Anthony Edwards, który w pierwszym starciu lśnił po powrocie po urazie lewego kolana, tym razem został stłamszony do 12 punktów, a całą czwartą kwartę spędził na ławce, obkładając nogi lodem. Trzeci akt tej fizycznej wojny zaplanowano na piątek w Minneapolis.
Tymczasem na Wschodzie koszykówka momentami przypomina walkę w błocie. New York Knicks obronili własny parkiet i wyrwali drugie zwycięstwo przeciwko Philadelphia 76ers (108:102) w półfinale konferencji, choć styl tego meczu zostawiał sporo do życzenia. Szkoleniowiec Knicks, Mike Brown, podsumował to bez ceregieli, nazywając ofensywną postawę w tym spotkaniu po prostu „brzydką”.
Szóstki, skazywane na pożarcie po laniu w pierwszym meczu i absencji Joela Embiida, który wypadł z powodu kontuzji na kilka godzin przed rzutem sędziowskim, postawiły w Madison Square Garden twarde warunki. Mecz obfitował aż w 25 zmian na prowadzeniu – to wynik, jakiego w play-offach nie widziano od 11 lat. Najwyższa przewaga Philly wynosiła zaledwie siedem punktów w pierwszej kwarcie, ale pod nieobecność lidera ciężar gry wziął na siebie Tyrese Maxey. Rozgrywający w samej tylko drugiej odsłonie rzucił 15 punktów, pozwalając gościom na jednopunktowe prowadzenie do przerwy (spotkanie zakończył z dorobkiem 26 oczek).
Z biegiem czasu do głosu zaczęli jednak dochodzić gospodarze. Karl-Anthony Towns obudził się w drugiej połowie, notując solidne 20 punktów, 10 zbiórek i 7 asyst, a OG Anunoby bezlitośnie punktował z gry, trafiając 9 z 17 rzutów (łącznie 24 punkty). Kiedy na pięć minut przed końcem na tablicy widniał remis 99:99, a zawodnikom Sixers zaczynało brakować tlenu, sprawy w swoje ręce wziął Jalen Brunson. Lider Nowego Jorku wrzucił wyższy bieg, zdobywając osiem kluczowych punktów w samej końcówce. Dwa trafienia Brunsona, błyskawicznie poprawione zabójczym step-backiem Mikala Bridgesa, wykreowały run 9-0, co ostatecznie zamknęło to spotkanie.
Nick Nurse narzekał później, że jego zespół grał dobrą koszykówkę w ataku, ale po prostu zawodził skutecznościowo w najważniejszych momentach. Trudno jednak uciec od wrażenia, że brak Embiida – ligowego MVP z 2023 roku, który we wcześniejszej rundzie sam praktycznie wyrzucił za burtę faworyzowanych Celtics – był czynnikiem ważącym o losach tego starcia. Knicks prowadzą 2-0, ale ta seria wciąż ma potencjał na kilka bolesnych zwrotów akcji.